Ryszard Zawadzki – rysownik i karykaturzysta
Urodziłem się 17 września 1955 w Poznaniu. Jednak zarówno ojciec jak i mama wywodzą się z płn.wsch. Polski. Myślę, że to istotne gdyż pierwsze wakacje spędzałem w rodzinnych stronach dziadków. Chyba tam, w pejzażu Warmii i Mazur poczułem miłość do sztuki. Krajobraz tej krainy jest urozmaicony. Zachował dzikie piękno nieskażonej natury. Pełno w nim zacisznych jezior, strumyków, krętych dolin rzecznych. Wkoło otaczają cię bujne lasy rosnące na dość dużych wzniesieniach. Pośród urokliwej przyrody historia pozostawiła tajemnicze ruiny. W miastach zachowały się stare ceglane bramy i fragmenty murów obronnych. W panoramie często pojawiają wysokie wieże i nawy gotyckich lub barokowych kościołów. Niegdyś zamieszkiwali tu Prusowie (ci , którym nie podobał się św. Wojciech). Potem mieściło się tutaj państwo zakonnych rycerzy. Lubiłem wędrować po okolicy, a wtedy słyszałem stare legendy, znajdowałem skarby: np. wciąż pracujący, dawny młyn rzeczny. Zacząłem fotografować i rysować. Kiedy odwiedziłem Gdańsk, Toruń, Kraków a przede wszystkim Tatry i Pieniny wiedziałem już, że nie pozbędę się „bakcyla sztuki“.
Cóż, trzeba było obrać zawód. Rozsądek i zainteresowania podpowiedziały, że najlepiej wybrać fach dziedziczny w rodzinie t.j. medycynę. W Poznaniu odbyłem edukację podstawową, średnią i w roku 1980 ukończyłem studia na Akademii Medycznej. Wtedy zamieszkałem w Śremie i podjąłem pracę w miejscowym szpitalu. Malowania i rysowania nie porzuciłem, choć przez ponad dwadzieścia lat znieczulam pacjentów do operacji i leczę na oddziale intensywnej terapii. Mam szczęśliwą rodzinę: żonę pielęgniarkę oraz już prawie dorosłych – syna i córkę.
Skąd moje zainteresowanie karykaturą? Wstyd się przyznać. Nigdy nie byłem miłym dzieckiem a raczej kłopotliwym. Mówiłem co mi ślina na język przyniosła. Zadawałem drażliwe pytania. Kiedy ktoś mi się naraził to nie mogąc go pobić, złośliwie narysowałem. Potem rysunek krążył z rąk do rąk. Jeżeli był udany wzbudzał śmiech a ja czułem karygodną satysfakcję. Karykatura kolegi lub zrzędliwej ciotki łatwo uchodziły mi na sucho ale kiedy dobrałem się do nauczycieli zaczęło być gorąco. Chyba najbardziej ryzykownym wyczynem z tamtego okresu była karykatura towarzysza Leonida Breżniewa. W serii kolejnych przedstawień ten „przystojniak“ puchł coraz bardziej, oczy ustawiały się jeszcze skośniej by w finale stanowić naprawdę odrażającą, nieforemną masę. Kiedy rozpowszechniałem tę kolekcję pod ławkami, w szkole podstawowej, nie sądziłem, że to już jest polityka. Po prostu nie znosiłem tego bufona. Podobna sytuacja wydarzyła się wiele lat później, gdy zagrożone było istnienie śremskiego szpitala. Wszystko działo się niby z powodu „koniecznych reform“, a naprawdę przez partykularne interesy. Wizerunki nieuczciwych prominentów trafiły do społeczeństwa. Możliwe, że trochę pomogły strajkującym. Szpital ocalał. Potem nastąpiła rzecz niespodziewana. Zaproponowano mi namalowanie karykatur ludzi, których nie znałem lub nie czułem do nich żadnej urazy. Spróbowałem. Jednocześnie wpadłem na pomysł rysowania śmiesznych portretów na zamówienie, w sieci www. Oczywiście gratis. Z różnych stron świata nadeszło wiele e-maili ze zdjęciami. Po realizacji portretu przysyłano miłe słowa. Pamiętam ciekawą myśl znalezioną w internetowej korespondencji. Ktoś stwierdził, że karykaturalnie zdeformowany jego portret okazał się bliższy rzeczywistości niż najdokładniejsza fotografia. To było wspaniałe. Sądzę, że zrozumiałem nieznanego mi przecież człowieka, dotarłem do jego wnętrza. Pomyślałem o nim: chyba wiem jaki jesteś naprawdę, nie musisz udawać. Akceptuję cię takim jakim jesteś, cieszę się z twojej indywidualności, niepowtarzalnej osobowości. Zrozumiałem, że karykatura nie zawsze musi być agresją ale potrafi łączyć ludzi, być środkiem do głębokiego porozumienia się. Wiadomo, że człowiek nie jest ani bardzo dobry i piękny, ani bardzo zły i brzydki a dopiero karykatura może to uczciwie przedstawić.
Arcydzieło Jaroslava Haska „Przygody dobrego wojaka Szwejka“ pokazuje bardzo wyraźnie, że humor to najważniejsza rzecz na tym świecie. W genialnej satyrze Hasek ośmiesza absurd wojny. Wojny – czyli ciągu wydarzeń przerażających, ohydnych i bolesnych a jednocześnie przecież śmiesznych w swej niedorzeczności. Udowadnia, że dramaty jednostek i całych narodów mogłyby się nie zdarzyć, gdyby ludzie w porę potrafili się uśmiechnąć, w porę wykpić głupie preteksty i pozorne problemy. Wierzę, że właśnie w karykaturze tkwi wielki, pozytywny potencjał.
Wasza przepiękna, morawska kraina o bogatej historii i rajskiej urodzie sprawia, że wracam myślami do nieco podobnej, z czasów wakacji u dziadków. Dziękuję Wam za zaproszenie. Szczególnie wdzięczny jestem Pani Zdenie Hrachovcovej, Pani Jarmili Malenakovej i Panu Ryszardowi Sobotce za zorganizowanie wystawy. Podziwiam odwagę „lekkomyślnych ofiar“, które tak ochoczo zgodziły się na moje operacje plastyczne. Dziękuję Im serdecznie i proszę o wybaczenie.
Ryszard Zawadzki
(2/2003)
Nostalgiczny wierszyk, w którym zawiera się
mój mazurski krajobraz sentymentalny
„O starości i dzieciństwie“
Cóż z tego, że więcej umiem
Na co, że wiele rozumiem
Jeśli CHWIL tych nie pomnę
A dzisiejsze są chwile bezdomne
Gdzie pragnienia, czucia TAMTE i sto ideałów?
Dziś powrócić nie mogę do młodości krajów!
Jak to dziwnie jest, gdy dzieciństwa czas:
Widzisz, choć nie patrzysz na coś
Wiesz, choć nie myślisz nad czymś
Chęci, nastrojów napisać nie umiesz
Dlaczego kochasz? – jeszcze nie rozumiesz
Tak to dziwnie jest, to dzieciństwa czas
I uczysz się… już rozumiesz
Ale co czułeś znika , bo żar spalił się w nas
A wtedy ideał jest sloganem,
Wiara strachem
Ty bezmyślnym,
Bez uczucia kapłanem
Co mszę tylko odprawia,
Jak pracę każdą,
Choć pod kościoła dachem
Ja raz kiedyś
Rzadko
Poczuję smak jakiś,
Zapach łąki letni,
Co nad polami z dzieciństwa przepływał koło rzeki
I usłyszę ton głosu niezwykle znajomy
Co mi dziadków miłych wspomni
Gdy usłyszę stukot, co pompy z podwórza zielonej
Mógłby być odgłosem…
Wtedy tak czuję się TAM
Jakbym życia dopiero rosnącego był kłosem.
(Maj 1999)
Ryszard Zawadzki
Lékař, kreslíř karikaturista – životopis karikaturisty.
Narodil jsem se 17 září 1955 v Poznani. Tak jako otec i matka také já pocházím z jihovýchodního Polska. Tato skutečnost má pro mne velký význam, protože první prázdniny jsem trávil právě tam u mých prarodičů. Možná že právě v oblasti Warmi a Mazur jsem pocítil lásku k umění. Nádhera tamnější krajiny je rozmanitá. Je divoká se zachovalou a neporušenou přírodou. Je tam hodně zátiší, jezer, pramenů, pokroucených údolí s řekami. Kolem dokola jsou hluboké lesy, které vystupují po strmých svazích. Uprostřed této nádherné přírody se nacházejí romantické zříceniny nádherných hradů. V městech se zachovaly staré cihlové brány a fragmenty obranných zdí. V panoramatu krajiny se často objevují vysoké věže gotických nebo barokních kostelů. V minulosti zde pobývali Prusové (nelíbil se jim sv. Vojtěch). Pak zde vládli starozákonní rytíři. Miloval jsem putování po okolí. Právě tady jsem slyšel staré legendy. A nacházel poklady: například stále funkční starý říční mlýn. Tady jsem začal fotografovat a kreslit. Když jsem pak navštívil Gdaňsk, Toruň, Krakov a především Tatry a Pieniny, už jsem věděl, že se nikdy nezbavím „bacila umění“.
Nostalgický veršík, ve kterém je zachycena moje sentimentální mazurská krajina.
Mám spokojenou rodinu, manžela pracuje jako ošetřovatelka, mám také dospívajícího syna a dceru.
Odkud se tedy bere můj zájem o karikaturu? Stydím se to přiznat. Nikdy jsem nebyl hodné dítě, spíše problémové. Mluvil jsem, co mi slina na jazyk přinesla. Kladl jsem provokující otázky. A když jsem potkal nějakého nafoukance, hned jsem si nakreslil jeho karikaturu. Obrázek šel z ruky do ruky. Pokud byl dobrý, vyvolal smích a já měl z toho určité zadostiučinění. Karikatury kolegů nebo nepříjemné tety mi obyčejně prošly, ale když jsem začal zpodobňovat učitele, začalo být horko. Nejvíc jsem v tomto ohledu riskoval s kresbami soudruha Leonida Brežněva. Vytvořil jsem celou sérii karikatur tohoto „krasavce“, každou další propracovanější, oči ještě víc zvýrazněné aby z toho vyšla opravdu neforemná a ošklivá podoba. Když jsem tuto kolekci nechal kolovat na základní škole pod lavicemi, vůbec jsem netušil, že už nejde jen o legraci, ale o politiku. Prostě jsem toho domýšlivce a nadutce nesnášel.
Podobnou situaci jsem prožil o mnoho let později, kdy byla ohrožena existence šremské nemocnice. Všechno se dělo jakože z důvodu „nevyhnutelných reforem“, ve skutečnosti stály na pozadí skupinové zájmy. Karikatury nepoctivých prominentů se dostaly na veřejnost. Možná i ony také trochu napomohly stávkujícím. Nemocnice z toho vyšla dobře.
Pak se stala věc nečekaná. Bylo mi nabídnuto malování karikatur lidí, které jsem vůbec neznal a neměl jsem k nim ani žádný vztah. Zkusil jsem to. Zároveň jsem přišel na myšlenku kreslit tyto směšné portréty na objednávku v internetové síti www. Ovšemže zdarma. Z různých světových stran mi přišlo mnoho e-mailů s fotkami. Po realizaci portrétů mi pak byla oplátkou doručována milá slova. Podnes si pamatuji zajímavou myšlenku z této internetové korespondence. Jeden z portrétovaných zjistil, že jeho zdeformovaná podoba je blíž realitě, než ta nejlepší fotografie. To bylo pro mne nádherné zjištění. Totiž myslím, že se mi podařilo porozumět tomu neznámému, dopátrat se jeho nitra. Pomyslel jsem si: vím jaký jsi ať se tváříš jak chceš; akceptuji tě takového, jaký jsi, těším se z tvé individuality a neopakovatelné osobnosti. Tehdy jsem pochopil, že karikatura nemusí být vždy jen agresivní, ale naopak může lidi spojovat a dokonce být prostředkem k hlubokému porozumění. Jak známo člověk na prvý pohled není ani jen dobrý, krásný nebo ošklivý, teprve zdařilá karikatura ho může představit v jeho skutečné podstatě.
Arcidílo Jaroslava Haška „Příhody dobrého vojáka Švejka“ ukazuje velmi výrazně, že humor je nejdůležitější věcí na tomto světě. V geniální satiře Hašek zesměšňuje absurditu války. Války – tento běh zarážejících, ohyzdných a bolestných skutečností jsou ve své nesmyslnosti zároveň také směšné. Dramata lidí i celých národů by vůbec nemusely být, kdyby se lidé dokázali ve vhodnou chvíli usmát, zbavit se tak hloupých myšlenek a nicotných problémů. Věřím, že právě v karikatuře spočívá velký pozitivní potenciál.
Vaše přenádherná moravská krajina s přebohatou historií a doslova s rajskou krásou způsobila, že se vracím myšlenkami do podobné z času mého dětství, stráveného u prarodičů. Děkuji vám za pozvání. Konkrétně děkuji paní Zdeně Hrachovcové, paní Jarmile Maleňákové a panu Richardu Sobotkovi za zorganizování výstavy. Obdivuji se odvaze těch, kteří tak lehkomyslně přijali nabídku podrobit se u mne plastické operaci v podobě karikatury. Děkuji jim srdečně a prosím za prominutí.
Nostalgický veršík, sentimentální vzpomínka na mou mazurskou krajinu.
Ryszard Zawadzki
„O stáří a dětství“
Všecko vím, ale co z toho
Že všemu porozumím
Když si nepamatuji CHVÍLE minulé
A ty současné nemají kořeny
Kam se poděly TAMTY tužby, pocity, ideály?
Dnes už se nelze vrátit do krajin mladosti!
Jak je to zvláštní v čase dětství:
Vidíš vše i když se nedíváš
Všechno víš byť na nic nemyslíš
Přesto ty chutě a nálady neumíš popsat
Proč miluješ? – nerozumíš tomu
Tak zvláštní je vše v tom čase dětství
Ale učíš se… už rozumíš
Žár poznání žel spálil vše minulé v nás
Ideál není víc než slogan
I věřit je strach
Bez myšlenky jsi
Jako ten kaplan otrlý
Co jen mechanicky odslouží mši
Hůř než nádeník svou práci
Byť pod střechou kostela
Já jako kdysi
Ale velmi zřídka
Ve vzpomínce dávné
Ucítím vůni letní louky
Plynoucí nad poli mého dětství kolem řeky
A někdy zaslechnu hlasy důvěrně známé
Připomínající milé prarodiče
Jen zaslechnu vrznutí zelené pumpy na dvorku
Byť vzdálenou ozvěnou…
Znovu se cítím být TAM
Na stéble života rostoucí klas
(Květen 1999)
(Text pro katalogový list k výstavě karikatur, únor 2003.)
Kresby © Ryszard Zawadzki
Překlad © Richard Sobotka.





